sobota, 6 lutego 2010

Atak morderczych skanerów-rozbieraczy

Temat skanerów-rozbieraczy nabiera coraz większych rumieńców. Ostatnio pisałem, że w USA są one na razie nieobowiązkowe. W międzyczasie brytyjski sekretarz transportu Lord Adonis (swoją drogą niefortunne nazwisko w tym kontekście) spłatał wszystkim figla i oznajmił, że w Wielkiej Brytanii tak nie będzie - jeśli zostaniesz wybrany przez służby celne, musisz się poddać wirtualnej rewizji osobistej. Na razie co prawda przepis ten obowiązuje jedynie na lotnisku Heathrow w Londynie oraz w Manchesterze, a niedługo w Birmingham, jednakże nie wiadomo, jak sprawa potoczy się dalej ('No scan, no flight' at Heathrow and Manchester ).

Warto zaznaczyć też, że rząd uchylił też przepis zakazujący skanowania osób poniżej 18 lat. Sądzę, że doskonałym komentarzem do tego zarządzenia może być obrazek z "Matt on Travel: airport security":



Polecam obejrzeć resztę, żeby zachować odrobinę zdrowego rozsądku.

Dodajmy, że na szczęście nie wszystkim podoba się pomysł obowiązkowego skanowania - port lotniczy Tees Valley w Durham odmawia zainstalowania u siebie rzeczonych urządzeń (Durham Tees Valley Airport refuses to commit to controversial body scanners). Warto też zaznaczyć, że Bruce Schneyer, jeden z poważniejszych (choć kontrowersyjnych) ekspertów w kwestiach szeroko pojętego bezpieczeństwa, uważa, że większość obecnie stosowanych na lotniskach procedur jest jedynie wielkim przedstawieniem, mającym stworzyć złudzenie szczelnej ochrony i że ze wszystkich zmian poczynionych po 11 września jedynie dwie mają jakiekolwiek znamiona sukcesu - wzmocnione drzwi w kokpicie oraz zwiększona czujność pasażerów. Wszystko inne to jedynie rozpaczliwe próby reakcji polityków na kolejne wydarzenia, na których korzystają sprytni lobbyści (wywiad w The Skeptic's Guide to the Universe z 13 stycznia 2010). Skanery-rozbieracze to kolejna z tych prób, która wcale nie przyczyni się do podniesienia "bezpieczeństwa lotów".

Podobnego zdania są eksperci niemieccy. Polecam zerknąć na to, co jest, a czego nie jest w stanie wykryć skaner-rozbieracz:



Amerykanie jednak niespecjalnie się tym faktem przejmują, ponieważ plany administracyjne przewidują wprowadzenie do końca 2011 roku skanerów na połowie lotnisk w tym kraju. Konsultant d/s bezpieczeństwa lotnictwa Douglas Laird stwierdził, że jest to ruch w dobrym kierunku i że powinniśmy skanować wszystkich pasażerów (Airport-security plan calls for 500 body scanners in '11). Nie mówią tego jeszcze szefowie TSA, ale wszystko wsakzuje na to, że jest to raczej kwestia tego kiedy, niż czy.

Ofensywę skanerów-rozbieraczy można próbować powstrzymać na kilku frontach i jednym z nich jest kwestia zdrowotna. Międzyagencyjna Komisja ds Bezpieczeństwa Promieniowania, złożona m.in. z takich ciał jak Międzynarodowa Komisja Energii Atomowej oraz Światowa Organizacja Zdrowia, wydała oświadczenie, że dzieci i kobiety w ciąży nie powinny być poddawane tego rodzaju badaniu, nawet pomimo tego, że otrzymana dawka promieniowania jest "niezwykle mała". Jest to niewątpliwie duży krok do przodu, chociaż z niejakim zdziwieniem dowiedziałem się, że zaabsorbowana dawka może dochodzić nawet do 5 mSv - czyli tyle samo co w trakcie przelotu z Warszawy do Berlina (Airport Body Scanning Raises Radiation Exposure, Committee Says). Czytelnicy pamiętają zapewne moje poprzednie komentarze, w których mowa była o znacznie niższych dawkach, rzędu 0,01-0,1 mSv.

Absurd goni absurd. Pozostaje nam szykować koszulki przeplatane ołowianą nicią i spodnie z wyszytym w ten sposób od wewnętrz napisem "fuck you".

pozdrawiam
dyspensor

środa, 3 lutego 2010

Inny obraz wojny

Niezależnie od tego, czy będziemy mówić o Iraku, Afganistanie, Wietnamie, czy innej wojnie toczonej przez innych żołnierzy w innych krajach, rzeczywistość jest niezmienna. To krótkie przemówienie jednego z członków Iraq Veterans Against War jest równie ponadczasowe, co stwierdzenia generała Smedleya Butlera:



Ciekawe, że akurat byłem w trakcie czytania Howarda Zinna na temat Afganistanu i licznych ofiar cywilnych wśród ludności, kiedy obejrzałem ten filmik.

pozdrawiam
dyspensor

Polowanie na bin Ladena - addendum

W moim poprzednim wpisie na temat polowania na bin Ladena zapomniałem dodać, że o ile w 1998 roku proszono Delta Force o stworzenie planu porwania/zabicia Osamy, to w październiku 2001 roku takiego planu nie było - ku niepomiernemu zdziwieniu Pete'a Blabera. Z zaskoczeniem stwierdził on, że "góra" nakazała im wybrać "cele do bombardowania" i zaatakowania spośród... pustych przedstawionych im przez wywiad. Okazało się, że ktoś wpadł na genialny pomysł, aby przeprowadzić "wojnę psychologiczną" i pokazać w mediach błyskawiczne zwycięstwo sił amerykańskich w rajdzie na (opuszczone) obozy szkoleniowe al-Kaidy, licząc że w ten sposób przerazi wroga skutecznością i siłą ognia. Najprawdopodobniej albo nie zdawał sobie sprawy, albo zapomniał, z kim ma do czynienia. Zaprawieni w bojach z Sowietami Mudżaheddini tego rodzaju "demonstrację" najprawdopodobniej odebraliby jako przejaw niekompetencji, głupoty albo własnego sukcesu.

Samą akcję opisuje dość szczegółowo Seymour Hersch w swoim artykule w New Yorkerze z 12 listopada 2001 (niestety, dostęp do archiwów tego numeru jest płatny), choć wg Blabera myli się w jednym szczególe - żaden z uczestników rajdu nie odniósł obrażeń (Hersh podaje, że 12 osób zostało rannych). Pomimo iż akcja została przeprowadzona poprawnie, a odpowiednie materiały filmowe pojawiły się w największych mediach w USA i na świecie, efekt w Afganistanie był - jak się można było spodziewać - żaden. Jeśli nie liczyć skonfundowania własnych jednostek.

Dodajmy bowiem, że w rajdzie tym brał między innymi udział Korey Rowe, producent filmu Loose Change. Jakiś czas temu na YouTube można było znaleźć jego wypowiedź dotyczącą Afganistanu, w której wyraził on swoje zdziwienie tym, że w zasadzie prawie nie walczyli z Talibami i al-Kaidą, że atakowali puste cele i że wszystko to było filmowane przez amerykańskie media. Był to dla mnie przez pewien czas spory zgryz, ale w kontekście tego, co opisują Hersh i Blaber, wygląda raczej na kiepski pomysł na kampanię medialną a la Zatoka Perska 1991, niż na to, że ktoś akurat Talibom "sypnął", albo że rząd/siły specjalne/wywiad USA specjalnie tej walki unikały.

Tym niemniej wszystko co pisałem o "airlift of Evil" oraz o ucieczce Osamy do Pakistanu pozostaje w mocy.

pozdrawiam
dyspensor

Parę słów o polowaniu na bin Ladena i nie tylko

Głównym powodem tego wpisu jest książka Pete'a Blabera "The Mission, The Men, And Me - Lessons From A Former Delta Force Commander", w której znajdziemy kilka interesujących perełek nie tylko na temat funkcjonowania sił specjalnych, ale też na wymieniony w tytule temat.

Warto zacząć od tego, że jeszcze przed wybuchem bomby w ambasadzie USA w Nairobii, zlecono Blaberowi i jego podwładnym opracowanie planu odnalezienia i schwytania Osamy bin Ladena. Po trzech tygodniach pracy rezultatem było stwierdzenie, że w tym celu najlepiej by było posłać własnych agentów do Afganistanu. Kiedy chciał przekazać wnioski dalej, otrzymał informację, że wierchuszka nie jest już zainteresowana jego pomysłami i wysyła go do Bośni.

W dość ciekawy sposób współgra to z niedawnymi stwierdzeniami podpułkownika Anthony'ego Schaffera o tym, że program "Able Danger" miał dane dotyczące komórek al-Kaidy w USA jeszcze za prezydentury Clintona i gdyby tylko nadeszło polecenie z góry, mogli je wszystkie unieszkodliwić. Schaffer wyjaśnia, że nie były to plotki, czy informacje z drugiej ręki, ale coś, co w terminologii służb nazywa się "actionable intelligence", czyli informacjami umożliwiającymi podjęcie konkretnych działań. Stąd też jego złość i próby poinformowania amerykańskiej publiki, że rząd zawiódł ich na całej linii. Na podstawie jego zeznań (Lt. Col. Shaffer's written testimony ) powstał film Paula Kirka "Able Danger", a opowiadająca o tych wydarzeniach książka "The Dark Side of the Force" - miejmy nadzieję - ukaże się latem, jeśli tylko zostanie przepuszczona przez rządową cenzurę.

Niezależnie od tego, co Czytelnicy sądzą o Alexie Jonesie, akurat wywiadu z Schafferem warto posłuchać, ponieważ jest w nim sporo interesujących informacji, w tym też na temat współzawodnictwa CIA i wywiadu wojskowego oraz roli Blackwater/Xe w tej przepychance:









Jakiś czas temu na polskim rynku ukazało się tłumaczenie książki Gary'ego Berntsena "Kryptonim Jawbreaker", w której dość szczegółowo opisane są działania Amerykanów i ich sojuszników w Afganistanie, w tym też atak na Tora Bora. Berntsen z wyjątkowym rozgoryczniem opowiada, jak prosił o całkowite otoczenie fortecy przed atakiem, w tym w szczególności granicy z Pakistanem, aby uniemożliwić Osamie ucieczkę w tamte rejony - na próżno. Bin Laden w towarzystwie dwustu Saudyjczyków i Jemeńczyków dotarł do Parachinaru. Raport dla członków komitetu d/s zagranicznych senatu USA w tej sprawie stwierdza, że odpowiedzialnymi za podjęcie tej decyzji byli Donald Rumsfeld i generał Tommy Franks (Tora Bora revisited: How we failed to get bin Laden and why it matters today).

Do pełnego obrazu brakuje jeszcze tylko lektury "Kill Bin Laden" autorstwa operatora Delta Force ukrywającego się pod pseudonimem "Dalton Fury" - dowódcy grupy sił specjalnych walczącej w Tora Bora, mającej za zadanie wyeliminować szefa al-Kaidy. Wsławił się on stwierdzeniem w wywiadzie w programie 60 minutes, że okazja do zabicia Osamy trafiła się kilkukrotnie, ale - znowu - nie otrzymali z wierchuszki zgody na przeprowadzenie akcji. W karierze Daltona był to jedyny raz, kiedy misja została odwołana (Elite Officer Recalls Bin Laden Hunt).

Zarówno Blaber jak i Berntsen piszą z rozgoryczeniem o zafascynowaniu najnowszą technologią (głównie obrazami satelitarnymi i możliwością "mikromenadżmentu" pola walki, która tak dała się operatorom we znaki w Somalii) i o wyjątkowym braku elastyczności szefostwa oraz braku zaufania do osób będących w centrum sytuacji. Wszyscy wymienieni wyżej są wyjątkowo rozgoryczeni faktem, że "góra" nie pozwoliła podjąć akcji, które wydawały się być co najmniej wskazane. Na ile jest to rozgoryczenie i świadomość po fakcie, a na ile było ono obecne już w trakcie operacji - tego nie wiemy.

Można też spróbować na te incydenty spojrzeć z nieco innej strony. W końcu nie da się zaprzeczyć faktowi, że Cheney na prośbę ówczesnego prezydenta Pakistanu, Musharrafa, zorganizował słynny "airlift of Evil" - transport setek oficerów ISI, talibskich dowódców i żołnierzy oraz członków al-Kaidy z oblężonego miasta Kunduz tuż przed jego zdobyciem przez Sojusz Północny. Pozostaje jedynie pytanie, czy Cheney wiedział, na co się zgadza, czy też - jak twierdzi Ahmed Rashid w swojej książce "Descent into Chaos" - chciał tylko utrzymać Musharrafa przy władzy i zgodził się na transport "jego ludzi". W takim kontekście ucieczka - było nie było - sporej liczby bojowników wraz z Osamą za granicę Pakistańską ukazuje albo bardzo silny wpływ ISI, albo współdziałanie najwyższych szczebli władzy w USA.

Rozwijając temat polowań poza osobę bin Ladena, warto przyjrzeć się, co jeszcze na ten temat pisze w swojej książce Blaber. W dość ciekawym interludium znajduje się krótka relacja z współpracy z (niewymienioną z nazwy) prywatną firmą mającą dostarczyć siłom specjalnym sprzęt do śledzenia poczynań tzw. "persons of interest", czyli krótko mówiąc - celów. Rozmowy odbywały się na kilka tygodni przed wydarzeniami z 11 września. W ich trakcie zaproponowano między innymi wykrywanie ludzkiego kodu genetycznego z... satelity. A konkretnie - obumarłych komórek naskórka, które każdy z nas co chwila zostawia za sobą. Miałby to być następny krok po tym, jak opatentowano już widoczne z satelity czipy, które nie wysyłają fal radiowych (World's First Satellite-Tracked Human Implant Device). Pytanie oczywiście brzmi, czy jakikolwiek z tych pomysłów został wcielony w życie - Blaber twierdzi, że ze względu na zamachy do następnych spotkań nie doszło, a mi nie udało się znaleźć żadnych wzmianek na temat tej technologii, aczkolwiek jak pisałem przy innej okazji - nie znaczy to, że nie znaleziono innych, być może skuteczniejszych, sposobów na śledzenie konkretnych osób z satelity.

Wszystko to rozgrywa się w kontekście rozważań Blabera na temat tego, że w zasadzie historia współczesnych działań wojennych to historia "manhunting", czyli polowania na konkretnych ludzi. Wygląda na to, że opinia ta przeciekła "wyżej", ponieważ 22 czerwca 2002 roku (o pół roku za późno?) Donald Rumsfeld wydał szefowi sił specjalnych generałowi Charlesowi Hollandowi tajną dyrektywę, nakazującą mu stworzenie planu uporania się z organizacjami terrorystycznymi, którego celem miało być schwytanie terrorystów w celu uzyskania informacji albo w razie potrzeby wyeliminowanie. Szerzej pisał o tym Seymour Hersh w swoim artykule "Manhunt - The Bush Administration’s new strategy in the war against terrorism.".

W świetle tych słów nie powinny zatem dziwić rewelacje Hersha z marca 2009 roku na temat istnienia tajnego "prezydenckiego kręgu asasynów" (Investigative reporter Seymour Hersh describes 'executive assassination ring'). Ani opowieści Schaffera o CIA wykorzystujących członków Blackwater/Xe do działań operacyjnych, w tym przeprowadzania zamachów.

Oczywiście, nie wszystko w światku sił specjalnych jest tak różowe i czarno-białe, jak to przedstawia Blaber. Na kilka dni przed wypowiedzią Hersha New York Times opublikował artykuł, w którym opisuje, że ze względu na wysoką liczbę ofiar cywilnych wstrzymano operacje komandosów w Afganistanie (U.S. Halted Some Raids in Afghanistan), podając za raportem ONZ z lutego 2009, że to członkowie tych oddziałów są za te śmierci odpowiedzialni. O tym już raczej od samych operatorów się nie dowiemy. A szkoda, bo temat dotyczy żywotnie także i nas - przypomnijmy chociażby sprawę Nanghar Khel.

Z książki Blabera można dowiedzieć się również wielu innych ciekawych rzeczy, chociażby o Mohamedzie Alim, oskarżanym o bycie szpiegiem al-Kaidy w USA. O tym napiszę kiedy indziej, jak już przebrnę przez "Triplecross" Petera Lance'a, aby uzyskać opinię z innej strony. Niezależnie od wszystkiego, lekturę "The Mission, The Men, And Me" oraz innych pozycji wymienionych w tym wpisie gorąco polecam.

pozdrawiam
dyspensor

piątek, 29 stycznia 2010

Odszedł Howard Zinn

27 stycznia 2010 roku odszedł z tego świata Howard Zinn.

Niestety, w tej notce nie będę w stanie złożyć należnego mu hołdu. Muszę z żalem przyznać, że nie dane mi było jeszcze zapoznać się szerzej z jego pracami, chociaż jego książka "Power government cannot supress" stoi u mnie na półce, a "A People's History of the United States" czeka na wishliście na Amazon. Wiem o nim tyle, że podejmował trudne tematy i patrzył na nie z punktu widzenia nie zwycięzców (którzy jak wiemy historię napisali), ani nawet ich ofiar (żeby nie pozostawać reakcjonistą), ale obejmując całość i starając się uwzględnić racje wszystkich stron. Był też wielkim orędownikiem siły zwykłych ludzi i krytykiem imperializmu oraz wojen jako takich. Dlatego też - pomimo iż nie wiem o nim zbyt wiele - chciałem go pożegnać, mając nadzieję, że jego idee pozostaną wciąż żywe w każdym z nas.

Na koniec kilka z jego ciekawszych wypowiedzi.

W skrócie jego opowieść o imperialiźmie:



Kontrowersyjny wykład na temat trzech wojen, o których nikt w USA nie waży się powiedzieć złego słowa:



I na koniec kilka jego uwag na temat 11 września. O ile nie zgadzam się z jego stwierdzeniem, że drążenie tematu tych zamachów to niepotrzebne marnotrawienie środków, to jak najbardziej popieram stwierdzenie, że nie należy zapominać o tym, z jakiego powodu w ogóle do tych (i innych) zamachów doszło. Tutaj dość ciekawą lekturą może też okazać się książka "Blowback: The Costs and Consequences of American Empire" Chalmersa Johnsona, o której może szerzej napiszę kiedy indziej.



RIP Howard Zinn.

środa, 13 stycznia 2010

Skanery rozbieracze część 2

Zgodnie z sugestiami czytelników spróbuję blogować dalej. Zobaczymy, jaki będzie tego rezultat.

Temat tego wpisu nie jest nowy (pisałem o nim w październiku 2008 roku), ale nieudany "zamach" w wykonaniu "bożonarodzeniowego terrorysty" nagle spowodował gwałtowne przebudzenie w pewnych kręgach, a kilka firm na pewno zatarło ręce z radości. Rząd amerykański wykosztował się na 150 sztuk skanerów-rozbieraczy (dotychczas było ich zainstalowanych 40) i ma w planach dokupienie jeszcze 300. Skanery takie mają pojawić się też na lotniskach w Holandii (było 15, będzie jeszcze 60), we Włoszech (10 sztuk) i w Wielkiej Brytanii, a Amerykanie domagają się ich wszędzie tam, skąd wylatują samoloty za ocean.

Nasz kochany wiceprezydent Unii Europejskiej - Antonio Tajani - wraz z belgijskim sekretarzem transportu stwierdzili, że powinniśmy mieć ogólnoeuropejskie rozwiązanie problemu. Zajmie się tym zapewne Komisja Europejska, a potem zatwierdzi to Europarlament. Na szczęście potrwa to pewnie kilka miesięcy, aczkolwiek nie miejmy specjalnych nadziei, że będziemy mieli jakikolwiek poważny wpływ na tę decyzję.

Przypomnijmy, że pierwsza wersja TSA mówiła o tym, że zarówno twarz, jak i genitalia miały być podobno rozmyte (You asked for it...You got it, Millimeter Wave images). Niestety, ostatnie rewelacje raczej temu zaprzeczają. Genitalia osób muszą być pokazane jako ostry obraz, żeby nie tracić zdolności wykrywania (Airport admits 'strip search' body scanners WILL show people naked). Okazało się też, że wystarczy dokonać prostej inwersji kolorów obrazu, aby otrzymać realistyczne zdjęcie skanowanej osoby (Inverted Body Scanner Image Shows Naked Body In Full Living Color). W Wielkiej Brytanii sugeruje się, że skanery te łamią prawo zabraniające robić nagie zdjęcia dzieciom (New scanners break child porn laws), a w Niemczech Partia Piratów zorganizowała prawie nagi protest na lotniskach w Berlinie, Frankfurcie i Düsseldorfie (Pirate Party protests 'naked' scanners in their underpants).

Raczej nijak mają się do rzeczywistości rewelacje Mike'a Adamsa z Natural News oraz inne równie alarmistyczne artykuły podające, jakoby skanery te mogły uszkodzić ludzkie DNA (Full-body scanners used on air passengers may damage human DNA). Owszem, nie przeprowadzano żadnych testów klinicznych, ale po pierwsze energia fal milimetrowych jest bardzo niska (rzędu 0,001 eV - do wzbudzenia jakiegokolwiek atomu potrzebna jest energia rzędu MeV, czyli około miliard razy większa, a energia wiązań chemicznych to rząd eV - tysiąc razy większa), a po drugie otrzymana dawka promieniowania jest rzędu 10 mikroremów, czyli mniej więcej tyle, ile otrzymuje się przez dwie minuty lotu na wysokości 10 tys. km. Jedyny niepokój może budzić opisany przez Aleksandrowa i spółkę efekt "rozpinania" helisy DNA, który potencjalnie mógłby być szkodliwy (DNA Breathing Dynamics in the Presence of a Terahertz Field), ale ma on zastosowanie tylko przy wysokiej mocy i/lub długim naświetlaniu (samo skanowanie trwa ok. 2 sekund, pozostałe 40-50 obsługa spędza na analizowaniu obrazu) i/lub konkretnej częstotliwości. Zaznaczmy jeszcze, że ten potencjalnie genotoksyczny efekt promieniowania milimetrowego jest raczej losowy, niż możliwy do przewidzenia. Oraz że fale milimetrowe są częścią środowiska, w którym na co dzień żyjemy.

Może nie ma też o co rwać włosów z głowy - w końcu amerykańska TSA zapewnia nas, że technologia jest (przynajmniej na razie) "opcjonalna dla wszystkich pasażerów", tzn. każdy może zamiast wejścia do skanera wybrać procedurę, którą określa się jako "equal level of screening", będącą najprawdopodobniej typową kontrolą z "oklepywaniem" (Imaging Technology). Alex Jones pragnący gorąco protestować przeciwko umieszczeniu tych urządzeń na lotniskach może się mocno zdziwić, kiedy okaże się, że wcale nie musi przez nie przechodzić.

Nie dajmy się jednak okpić tanim obietnicom, że urządzenia te natychmiast będą kasować uzyskane obrazy. Jak podaje CNN, specyfikacja TSA z 2008 roku wymagała, aby urządzenia były wyposażone w możliwość ich przechowywania i przesyłania (Body scanners can store, send images, group says). TSA zaklina się, że przechowywanie i przesyłanie danych nie jest możliwe po dostarczeniu skanera na miejsce - tryb testowy, w którym działają wymienione opcje, jest wyłączany na etapie produkcji (nie wiadomo jednak jak). Skanery nie są też podłączone do sieci komputerowej, dlatego nie grozi im atak hackera. Czy tak jest w rzeczywistości - tego się nie dowiemy, dopóki nie wybuchnie jakiś skandal, na przykład taki jak ten, kiedy okazało się, że pracownicy NSA podsłuchiwali "gorące" rozmowy żołnierzy z Iraku z ich małżonkami (Inside Account of U.S. Eavesdropping on Americans). Nie jest też wiadome, na ile dane ze skanerów-rozbieraczy mogą zostać wykorzystane do późniejszego śledzenia i rozpoznawania osób na podstawie ich indywidualnego sposobu poruszania się i sygnatury ciała. O tej technologii napiszę kiedy indziej, a tymczasem zainteresowanych odsyłam np. tutaj: Strike a Pose: Tracking People by Finding Stylized Poses, tutaj: Computer Models of the Human Body Signature for Sensing Through the Wall Radar Applications , i tutaj: Body Signature Recognition albo do googla. Terminy do szukania: body tracking, tracking people, body signature tracking. Pamiętamy też o europejskiej inicjatywie inwigilacji opracowywanej w ramach 7. Programu Ramowego, na przykład Projekt Samuraj.

Zwyczajowi konspiratorzy straszą nas, że skanery-rozbieracze za moment znajdą się w centrach handlowych, kinach, na stadionach i w innych miejscach "wrażliwych na atak terrorystów". Ponieważ przeciętny koszt urządzenia wynosi ponad 100 tysięcy dolarów, raczej nie musimy się tego obiawiać w najbliższej przyszłości. Rząd nie jest w stanie wyposażyć w nie nawet wszystkich lotnisk. Natomiast w Londynie już od 2006 roku przeprowadza się testy tychże w metrze i na stacjach kolejowych (Body scanner unveiled at station, więc zapewne jest to kolejne miejsce, w którym być może się pojawią.

Więcej niepokoju budzą informacje na temat prowadzonych w Holandii prac nad przenośnymi skanerami tego typu (Dutch police develop mobile body scans). Może nie powinno to dziwić, biorąc pod uwagę generalnie luźne podejście Holendrów do kwestii nagości i seksu, ale sama perspektywa tego, że policja będzie miała prawo zaprosić nas do rewizji osobistej do miłych nie należy. Do ciekawszych elementów tego projektu należy pomysł na... skanowanie na odległość, w tym też tłumów w trakcie dużych imprez takich jak mecze piłki nożnej. Z kolei Brytyjczycy sugerują zainstalowanie tego rodzaju ukrytych skanerów w... latarniach ulicznych (Could X-ray scanners work on the street?).

I tutaj już należy się nad tym pomysłem nieco bardziej pochylić z kilku względów. Po pierwsze, masowe zastosowanie tego rodzaju technologii przestaje być tak bezpieczne, jak tylko na lotniskach. Prosty rachunek pozwala nam stwierdzić, że skoro w przeciągu 2 s. skanowania na lotnisku otrzymujemy dawkę 10 mikroradów, to dopuszczalną roczną dawkę efektywną dla populacji nie narażonej na promieniowanie (1 milisiwert, czyli w naszym wypadku 100 miliradów) otrzymamy po ok. 6 godzinach ciągłego skanowania. Jest to maksymalna dopuszczalna dawka dla dzieci oraz kobiet w ciąży. Kobiety karmiące piersią nie powinny w ogóle być narażone na tego rodzaju promieniowanie. Jest to więc rozwiązanie, które w powszechnym użyciu będzie szkodliwe nie tylko ze względu na prywatność, ale też i na nasze zdrowie. A dodajmy, że tego rodzaju skanery niektóre sklepy z ubraniami z wyższej półki już stosują jako "wirtualne przebieralnie" (Body Scanners: Weapons Revealed).

Po drugie, tego rodzaju technologia, jeśli wejdzie do powszechnego użycia, spowoduje szereg społecznych reperkusji, zapewne nie do końca przewidywalnych. Jeżeli doszłoby do zminiaturyzowania tych urządzeń do stopnia umożliwiającego ich przenoszenie, wtedy od pojawienia się ich na prywatnym rynku dzieli jeden krok. W wyniku prób regulacji prawnych niewątpliwie powstanie czarny rynek różnej maści podglądaczy, zapewne szczególnie nieletnich. Tematem zainteresuje się przemysł pornograficzny oraz przestępczość zorganizowana. Szantaże nagimi zdjęciami mogą się okazać codziennością. Co w efekcie może doprowadzić do zakazania używania tego rodzaju sprzętu, albo do społecznej zmiany w podejściu do nagości, seksualności i ludzkiego ciała w ogóle. Pod jeszcze większym znakiem zapytania może stanąć kwestia czym właściwie jest prywatność, jakie są jej granice i na ile mamy do niej prawo, a także jaką wartością jest szacunek dla drugiej osoby. No i oczywiście - jaka jest cena, jaką jesteśmy gotowi zapłacić za własne bezpieczeństwo.

Te pytania zresztą już teraz się pojawiają. Upowszechnienie skanerów-rozbieraczy spowoduje jedynie konieczność zmierzenia się z tymi kwestiami bez możliwości dalszego odwlekania.

Czy taki skaner faktycznie zapewni nam większe bezpieczeństwo w imię poświęcenia prywatności? Testy przeprowadzone przez wydział transportu Home Office raczej nie przekonały oficjeli, podobnie zresztą jak rewizja poprzez "poklepywanie". Skaner, owszem, wykrył metal, ciężki wosk i odłamek, ale nie dał rady odnaleźć plastiku, chemikaliów i płynów (
Are planned airport scanners just a scam?
). Także Holendrzy sugerują, że "bożonarodzeniowy terrorysta" prawdopodobnie i tak wkradłby się na pokład ze swoją "śmiertelnie groźną" strzykawką, a producenci nowego typu skanerów, które mają zaglądać do naszych wnętrzności już zaczynają kampanię reklamową, twierdząc że bombę można przenieść w sobie (Crack New Scanner Looks for Bombs Inside Body Cavities). Argument za? Taki sam jak w wypadku skanerów-rozbieraczy: takie badanie ma być mniej odrażające, niż alternatywy.

A jaki następny krok na pokładach samolotów? Zapewne bransoletki-tasery, o których chyba już kiedyś wspominałem.



To wszystko oczywiście dla naszego dobra i żeby nas chronić przed wypadkiem lub śmiercią, który ma równe szanse na zaistnienie jak trafienie piorunem. Wydaje mi się, że w tych coraz nowszych urządzeniach stosunek skuteczności do kosztów całkiem szybko zmierza do zera. Jeśli celem jest zapewnienie maksymalnego bezpieczeństwa, to raczej nie tędy droga. Spodziewane niezamierzone (?) konsekwencje - spadek liczby osób korzystających z samolotów, spadek dochodów linii lotniczych albo wzrost cen biletów, wzrost dochodów firm produkujących skanery, coraz większe niezadowolenie przeciętnych obywateli z decyzji rządu. No i coś, co powinno ucieszyć ekologów - spadek emisji CO2 do atmosfery... o ile nie wzrośnie liczba wycieczek samochodowych. Dodajmy, że niektóre linie lotnicze już zaczęły głośno wyrażać swój sprzeciw wobec nowych gadżetów (Airline Group Protests Airport Body Scanners, Australian Says).

W ramach równości i sprawiedliwości społecznej osoby korzystające z sekcji VIP lotniska oraz mające własne samoloty oczywiście nie będą musiały przechodzić przez te wszystkie kontrole.

Do całości obrazu brakuje jeszcze tylko jednego elementu - mianowicie za firmą Rapiscan, która dostarczyła TSA 150 skanerów-rozbieraczy, stoi nikt inny, jak były szef Departamentu Bezpieczeństwa Ojczyzny, Michael Chertoff (Full Body Scanner Lobby: Michael Chertoff & Rapiscan). Listę innych lobbystów można poznać tutaj: The TSA and the full-body-scanner lobby. Jak to zwykle w Waszyngtonie, drzwi obrotowe działają pełną parą, a kompleks militarno-przemysłowy ma się całkiem nieźle, nawet pomimo tego, że USA powoli - i jak na razie nieuchronnie - bankrutują.

Najsmutniejsze i najbardziej ironiczne w tym wszystkim jest to, że gdyby amerykanie potrafili prawidłowo napisać nazwisko zamachowca, to człowiek ten nigdy nie wsiadłby na pokład samolotu i cała ta sytuacja nie miałaby miejsca (Declassified Review Into Flight 253). I że pomni lekcji z 11 września, to właśnie pasażerowie zapobiegli potencjalnemu wybuchowi i uporali się z sytuacją. I może właśnie to nakierowuje nas na rozwiązanie problemu - zamiast setek drogich i budzących kontrowersje maszyn odważni ludzie potrafiący sami zadbać o bezpieczeństwo swoje i współpasażerów (Flight 253 travelers describe thwarted terrorism attempt).

pozdrawiam
dyspensor

Update: Dosłownie w chwilę po opublikowaniu tego wpisu dowiedziałem się, że pierwszy "cywilny" skaner-rozbieracz został zainstalowany w budynku sądu w Castle Rock, Colorado: Court Installs New Security System. Najwyraźniej koszt 250 tys. dolarów nie przestraszył tamtejszych urzędników bardziej, niż potencjalny atak. Ciekawe.

piątek, 8 stycznia 2010

Pożegnanie

Szanowni Czytelnicy,

Wygląda na to, że moja ponad dwuletnia wyprawa w świat spisków i konspiracji dobiegła końca. Moje milczenie było podyktowane tym, że musiałem sobie poukładać i przemyśleć pewne sprawy, a także spróbować spojrzeć na świat od nieco innej strony.

Sygnały wskazujące na to, że za bardzo "odjechałem" od rzeczywistości zaczęły pojawiać się już jakiś czas temu. W trakcie wspomnianej przez jednego z czytelników dyskusji na portalu racjonalistów zdałem sobie sprawę, że sam również padłem ofiarą propagandy - w tym wypadku była to kwestia samobójstw rolników w Indiach. Druga dyskusja w innym miejscu uświadomiła mi, że rosyjskie źródła przekazując informacje na temat konfliktu w Gruzji również umiejętnie mną manipulowały (chodzi konkretnie o liczbę ofiar w stolicy Osetii). W kwestii globalnego ocieplenia polegałem na swojej wiedzy wyniesionej z wykładów, która okazała się być już nieaktualna.

Owszem, we wszystkich wypadkach miałem trochę racji. Racjonaliści w swoim zapamiętaniu zrewidowali historię i wydziedziczyli Pusztaia, posuwając się do kłamstw. To było przykre i bardzo podkopało ich stanowisko - okazali się tak samo nieuczciwi jak ich oponenci. Konflikt w Osetii ewidentnie wybuchł w momencie, w którym Gruzini zaatakowali kontyngent sił rozjemczych, a proponowane rozwiązanie problemu globalnego ocieplenia w postaci kredytów węglowych krytykuje nawet sam "guru" teorii AGW - James Hansen.

Nie zmienia to jednak faktu, że powoli zaczęło do mnie docierać, że stałem się "użytecznym idiotą" i często propaguję interesy grup, z których istnienia czasem nie zdaję sobie nawet sprawy. Czytelnicy newslettera Red Pill (wyszły tylko 4 numery) pamiętają też zapewne kwestię Kevina Trudeau. Świadomość tego, że bywam naiwną marionetką w rozgrywkach marketingowo-PRowych nieco mnie ostudziła.

Punktem zwrotnym była dość żywa dyskusja na jednym z blogów (i nie był to portal racjonalistów), która sprowokowała mnie do wycieczki w świat sceptyków i przyjrzenia się z drugiej strony większości kwestii poruszanych na Czerwonej Pigułce. Dla sporej części tematów okazało się to bezlitosne.

Po głębszym zastanowieniu i przyjrzeniu się innym źródłom, pragnę na koniec skorygować swoje błędy.

Niniejszym odwołuję całkowicie i uznaję za szkodliwe:
- wpisy o tym, że polio spowodowane jest przez toksyny, a nie przez wirusy,
- teorię "rak jest grzybem" dra Simonciniego,
- wpisy o sczepieniach z wyjątkiem ostrzeżeń przed szczepieniami przeciwko HPV oraz analizie serologicznej.

Wpis o HPV jest w pewnym stopniu dezinformacją i jest niekompletny. Tym niemniej swoje wątpliwości podtrzymuję ze względu na to, że miałem w swojej pracy dość bliską styczność z materiałami produkowanymi przez jedną z dużych korporacji. Ponieważ w tym temacie dostałem jakiś czas temu od byłego pracodawcy pisemko "cease and desist" i nie uśmiecha mi się ganianie po sądach, nie mogę więcej napisać. Zaznaczam jednocześnie jednak, że sprawa dotyczy tylko i wyłącznie tej kwestii.

Analiza serologiczna (wpis pt. Pewien gruby błąd producentów szczepionek) jest również pewną ciekawostką, zwłaszcza że jakiś czas temu natknałem się też przypadkowo na kolejne badania, tym razem z Finlandii, gdzie populacja nie posiadała przeciwciał we krwi, a jednak była odporna. Ponieważ jednak na temacie nie znam się prawie wcale, podaję to jako ciekawostkę, a nie jako coś, co ma obalić jakiekolwiek teorie.

Jeśli chodzi o szczepienia dziecięce, to moje stanowisko zmieniło się prawie całkowicie między innymi po obejrzeniu danych z Rosji z początku lat 90., kiedy to brak funduszy na szczepienia spowodował gwałtowny nawrót dyfterytu oraz z epidemii odry w Anglii po strachu spowodowanym stwierdzeniem Andrew Wakefielda, że szczepionka MMR podobno powoduje autyzm (w świetle obecnych badań nie wierzę w to - zobaczymy co pokaże prof. Majewska, ale mamy też inne polskie badania na grupach równolegle nie szczepionych, szczepionych pojedynczymi szczepionkami i szczepionych MMR). Zresztą czytelnicy mogą pamiętać moje próby oszacowania ryzyka szczepionki przeciwko ospie - musiałem się bardzo nagimnastykować, jak już odkryłem swój błąd w obliczeniach, żeby znaleźć argumenty przeciwko.

Swoje dziecko zaszczepiłem szczepionką sześciowalentną, stwierdziwszy "co ma być, to będzie". Na razie maleństwo toleruje ją bardzo dobrze.

Jest sporo kwestii, co do których cały czas mam sporo wątpliwości. Na przykład zamach z 9/11 - wiele argumentów przemawia za tym, że jednak budynki zawaliły się od uderzenia samolotów i oficjalna wersja przebiegu wydarzeń jest dość zgodna z prawdą. Niemniej jednak kapitalizacja nastąpiła natychmiast i pozostają jak dla mnie wciąż niewyjaśnione "drobiazgi" takie jak trzykrotna (sic!) odmowa przyjęcia oferty Talibów postawienia bin Ladena pod sąd międzynarodowy, wcześniejsze przygotowania do inwazji na Afganistan, czy zeznania sekretarza transportu Normana Minety albo Barry'ego Jenningsa. O ile teoria MIHOP (made it happen on purpose) dla mnie ma w tej chwili prawie zerowe prawdopodobieństwo, to LIHOP (let it happen on purpose) niestety nie.

Gobalne ocieplenie spowodowane przez człowieka - z ociąganiem przyznam, że faktycznie możemy mieć większy wpływ na klimat, niż sądziłem, chociaż proponowane rozwiązania z gatunku "cap and trade" to coś, co po angielsku nazywa się "shell game", czyli po prostu zwykły przekręt i próba stworzenia nowego rynku do obrotu gigantycznymi kwotami. Ostatni wyciek listów czołowych proponentów AGW pokazuje, iż nie wszystko było tak różowe, jak to przedstawiała propaganda, zabrakło jednak definitywnego dowodu na oszustwo. Próby rozdmuchania tej sprawy przez oponentów były natomiast bardzo, bardzo żałosne.

GMO - potencjał tej technologii jest duży i jeśli zostanie ona wykorzystana w dobry sposób, to może być faktycznie następnym krokiem w rozwoju rolnictwa. Natomiast cała otoczka prawna (kontrakty na zakup nasion) oraz próby "sprzedania" tematu jako super-bezpiecznego leku na całe zło to rzeczy dość niepokojące, nie mówiąc już o dziwnych sposobach na odsuwanie krytyków od głosu.

Big pharma - dużo dobrego dzięki lekom, ale też i dużo przekrętów i prób zbicia jak najwięcej kasy, oszustwa medyczne, oszustwa marketingowe, "ghost-writing" (pisanie artykułów naukowych przez koncerny i wynajmowanie znanych nazwisk) i wiele innych niezbyt etycznych działań. Ewidentnie apokaliptyczne przewidywania co do szczepień przeciwko A/H1N1 się nie sprawdziły, więc tutaj odpuszczam całkowicie. Nie odpuszczam jednak temu, że stosuje się zagrania poniżej pasa i przez sprytne działania marketingowe próbuje manipulować nauką.

Czy to oznacza, że spiski nie istnieją i że wszyscy (a szczególnie politycy) mówią nam prawdę? Nie, oczywiście że nie. Czy nie istnieją ludzie pragnący władzy nad światem? Oczywiście, że istnieją. Co więcej, na pewno częśc z nich dysponuje środkami i kontaktami mogącymi im to w ten, czy inny sposób umożliwić. Zarówno politycy, jak i różnej maści "szare eminencje" są przede wszystkim ludźmi i mają swoje ułomności. Jedną z nich może być uzależnienie od władzy, inną osobista wendetta (Brzeziński i Rosja). Fraza "New World Order" wydaje się być dość chwytliwa w światku polityków (przypomnijmy ostatnio Gordona Browna, czy chociażby Saakaszwilego), ale zaczynam się zastanawiać, ile osób tak naprawdę wie, o co w niej chodzi, oraz na ile jest to tylko slogan, a na ile kryje się za tym jakaś większa idea. Oczywiście, zawsze pozostają książki Quigleya (m.in. mentora Clintona), których jakoś nie widziałem w poruszanych przez sceptyków tematach.

Bynajmniej nie odwołuję tego, co pisałem o Obamie - cały czas uważam, że jest marionetką Wall Street i sprytną kreacją polityczno/korporacyjnego PR. Ale z drugiej strony - jaki prezydent nie jest? Zapewne można policzyć ich na palcach. Nie zmienia to faktu, że został bardzo dobrze sprzedany szerokiej publice, stał się w pewien sposób symbolem. Szkoda tylko, że do tego symbolu nie jest w stanie dorosnąć.

Totalitarny trend zmierzający do całkowitej inwigilacji jest wszechobecny i niestety bardzo realny. O ile dowód biometryczny to tak naprawdę betka (jeśli informacje takie jak odciski palców nie będą magazynowane w punktach kontroli, a dowód będzie miał jedynie potwierdzić tożsamość, co jest jak najbardziej do zrobienia), to już zautomatyzowane śledzenie zachowań na podstawie obrazów z kamer CCTV jest dość niefajne. I całkowicie nie zgadzam się z poglądem, że jak ktoś ma coś do ukrycia, to automatycznie jest to coś kryminalnego. Uważam, że nie tylko korporacje i rządy mają prawo do prywatności i tajności.

Niedawne rewelacje dotyczące więzień CIA na Litwie potwierdzają, że służby specjalne tworzą swego rodzaju gabinet cieni i "rządy równoległe". O ile tajność w tematach wywiadu i bezpieczeństwa narodowego jest zrozumiała, to jednak są pewne granice, jakich państwa nazywające siebie demokratycznymi nie powinny przekraczać.

Podtrzymuję w szczególności wpisy o wirusach jako komunikatorach między komórkami oraz o epigenetyce. Ostatnio pojawiły się pomysły, aby zaprząc wirusy do walki z rakiem, a coś takiego jak bakteriofagii, czyli wirusy zwalczające bakterie, znane są od około 100 lat. Epigenetyka wydaje się być bardzo obiecującym polem badań i gdybym miał teraz możliwość ponownie pójść na studia, to pewnie właśnie ten temat bym wybrał.

I to w zasadzie tyle. Wszystkim, którzy czytają ten wpis dziękuję, że dotrwali ze mną do tego momentu. Była to bardzo ciekawa przygoda, ale teraz zaczyna się inna. Czerwoną pigułkę zostawiam jeszcze przez jakiś czas, a osoby chętne mogą się ze mną kontaktować prywatnie przez konto na gmailu, które też zapewne niedługo zniknie. Świat i życie potoczy się dalej.

Na zakończenie osobom anglojęzycznym polecam gorąco kilka interesujących źródeł. Po pierwsze, Uniwersytet w Berkeley udostępnia darmowo część swoich wykładów. Są tam między innymi takie perełki jak "Introduction to Human Nutrition", "Drugs and Behavior", "Psychology of Dreams" (jest tam też o świadomym śnieniu), tudzież sporo wykładów z fizyki, chemii i biologii.

Zachęcam też do posłuchania dość zwięzłych i często wyczerpujących podcastów Briana Dunninga pt. Skeptoid oraz zgryźliwych, aczkolwiek często równie wyczerpujących Quackcastów Marka Crislipa. Jeśli ktoś ma więcej czasu i zacięcie naukowe, warto sięgnąć po This Week in Science, albo do Science Based Medicine, tudzież Skeptic's Guide to the Universe. Oczywiście nie należy wszystkiego przyjmować bezkrytycznie, niektórzy autorzy na Science Based Medicine wyglądają, jakby mieli jakąś osobistą krucjatę do poprowadzenia, ale warto poczytać i posłuchać, żeby wyrobić sobie własne zdanie i odpocząć czasem od spisków i nieustannego drżenia o własną skórę.

Ktoś pytał, czy mi nie żal - trochę tak. Stworzyło się tutaj dość ciekawe forum. Żal się rozstawać. Tym niemniej jak widać dyspensor jest już w zupełnie innym miejscu w życiu. Jeśli ktoś z Was czuje się tym zawiedziony - przykro mi. Dziękuję za to, że towarzyszyliście mi przez czas pisania tego bloga. Życzę Wam w nowej dekadzie wszystkiego najlepszego, przede wszystkim zdrowia, a także jak najwięcej wolności, świadomości oraz spokoju ducha.

pozdrawiam
dyspensor